Yoga

(…)Każdą noc prawie, o jednej porze,
Pod tym się widzą modrzewiem.
Młody jest strzelcem w tutejszym borze,
Kto jest dziewczyna? – ja nie wiem.

Skąd przyszła? – darmo śledzić kto pragnie,
Gdzie uszła? – nikt jej nie zbada.
Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,
Jak ognik nocny przepada.(…)

Adam Mickiewicz – Świtezianka

 

 

Obudził mnie telefon, niemiłosiernie atakując moje uszy nowym numerem Janelle Monáe – Let your booty do the yoga! Ledwo przytomna spojrzałam na ekran: Kaśka. No przecież, że Kaśka… Sama mi ustawiła ten dzwonek. Trajkotała, że randka na dzisiejszy event ją wystawiła i że potrzebuje, bym poszła z nią na te targi mody sportowej, którymi się tak bardzo jara, bo pomagała projektować serię strojów do jogi. I będzie pokaz! Kolekcji sygnowanej jej nazwiskiem! Wow! Yay! I kilo pisku.

– Dobrze Kasiu… – jęknęłam zaspana.

– Super! Będę za godzinę, żeby cię wystylizować! Paaaaaaaa!

Kawy! Zwlekłam się z łóżka. Przysunęłam ręką po karku, bo coś niemiłosiernie drażniło moją skórę i znalazłam zaplątany we włosach kolczyk. Daniel miał kolczyki w uszach… Połączyłam fakty. Jakim cudem on się tam w ogóle znalazł? Nie przypominałam sobie, żebyśmy byli ze sobą tak blisko. Analizując wczorajszy wieczór, stwierdziłam, że nie wiem zupełnie, jak dotarłam do mieszkania, a ostatnie co pamiętam ze Sky Clubu to nocną panoramę Warszawy i Daniela przynoszącego mi Pina Coladę. Nic, miejmy nadzieję, że nikt nie ucierpiał wczoraj narażony na pijaną i wściekłą Sowę.

– Aaaa! Pama! Ale się cieszę, że ze mną idziesz! – Kaśka wparowała do mojego mieszkania, krzycząc z podekscytowania.

– Spokojnie Kacha… – wyjęczałam, przykładając palec do ust, by wyła nieco ciszej.

– Włóż to i wychodzimy. – zarządziła.

Zdecydowanie niepisanym fetyszem Kaśki było ubieranie mnie na wszystkie możliwe pin-upowe sposoby. Czasem czułam się jak ludzkich rozmiarów lalka, ale trzeba było przyznać stylizowanie mnie wychodziło jej fajnie. Spódnica bombka w kolorowy wzór, kusy czerwony top i Lady Dragon od Melisy. Git. Przynajmniej buty dziś będę miała wygodne. Włożyłam najciemniejsze okulary, jakie udało mi się znaleźć i wzięłam półtoralitrową butelkę wody.

Kaśka zerknęła na mnie z politowaniem i skwitowała:

– Piłaś i nie nawadniałaś się w trakcie, to masz kacykow. Twój ulubiony stylista.

– Bardzo śmieszne…

Po czym zrobiła mi półgodziny wykład na temat istoty picia wody w zdrowym trybie życia, a ja modliłam się, żeby nasza taksówka miała przyciemniane szyby.

Kręciłyśmy się po SoHo, oglądając punkty wystawców z akcesoriami do jogi. Kaśka zachwycała się najnowszymi wzorami mat pokrytych mikrofibrą i ręczników, modelami butelek na wodę, legginsów i staników. Co rusz przystawałyśmy między stoiskami, aby powitać znajomych Katarzyny. Właśnie przekonywałam się w myślach, że nie potrzebuję czwartej maty, kiedy poczułam zbliżający się zapach wanilii.

– O, widzę znajome twarze. – oznajmiła znów.

Odwróciłam się i zobaczyłam Daniela. Wyglądał na tyle promiennie, na ile to tylko możliwe na ciężkim kacu i uśmiechał się szeroko.

– Cześć gibka joginko! – odparł i przytulił mocno moją przyjaciółkę.

– Zalew w swoim eventowym żywiole! Dobrze cię widzieć! Daniel Pamela, Pamela Daniel. – przedstawiła nas sobie.

– Witaj ponownie. – powiedział i zbliżył się, by pocałować mnie w policzek.

– Wy się znacie? – zdziwiła się.

– Poznaliśmy się wczoraj. – wyjaśniłam.

– Daniel wpadłbyś do mnie na jogę. Nie tylko te twoje sporty walki… Splótłbyś się w lotosie. Zrobił porządek z plecami! A teraz, chodź z nami! Za 5 minut zaczynamy show!

– Panie przodem.

– Potrzebuję VIP pass dla Daniela Zalewskiego.

Usiedliśmy w pierwszym rzędzie i czekaliśmy, aż rozpocznie się pokaz. Ktoś zagadał Katarzynę o inspirację we współtworzeniu nowej kolekcji i chwilowo dała nam spokój.

– Ładnie wyglądasz. – Daniel nachylił się nade mną, by powiedzieć mi komplement.

– Dziękuję, Kaśka mnie ubierała.

– Dwa dni. Dwie Sowy.

– La donna è mobile.

Przygasły światła i wraz z chmurą unoszącej się wielobarwnej mgły, w rytm hinduskiej muzyki na wybieg wypełzli półnadzy modele-jogini. Spojrzeliśmy na siebie z Danielem, zastanawiając się, w którym momencie na catwalku objawi się sam David Bowie. Kaśka zdecydowanie była w swoim żywiole, oglądała pokaz z pełnym przejęciem, ja i Zalew nudziliśmy się nieco. Daniela zdecydowanie przerosła kiczowatość widowiska, więc zaczął humorystycznie komentować wprost do mojego ucha to, co widzi na scenie:

– I o co ten cały szum? Tyle lat praktyki, a loda sobie sami zrobić nie umieją… – oznajmił i przewrócił oczami.

Zachichotałam w ciszy.

– A ty umiesz?

Daniel rzucił mi pewne siebie spojrzenie, jakbym co najmniej go obrażała i jakby przyjmował moje wyzwanie.

– A to jest nawet ładne… – stwierdziłam zaskoczona, podziwiając klasyczne, męskie joga pants we wzór w kaktusy.

– Nie powiem, mógłbym się w takich pokazać…

Potem było już tylko gorzej. Na wybiegu pojawili się modele w neonowych alladynkach.

– A tu propozycja dla joginów o większych jądrach, specjalne szycia zapewniają cyrkulację powietrza mosznie, dbając o waszą płodność drodzy panowie! Konstrukcyjny szew przytrzymujący dba natomiast o bezpieczeństwo waszego prącia podczas pozycji odwróconych. – zrelacjonował z pełną powagą.

Oczy wyszły mi z orbit. Wbiłam paznokcie w udo Daniela, żeby przestał, ale on nie przestał. Ze spokojem i powagą sprawozdawcy turnieju szachów komentował sceny odbywające się przed nami. Siedziałam jak na szpilkach, coraz bardziej zagryzając policzki, żeby się nie roześmiać na całą halę.

– No brawo! Naprawdę czadowa kolekcja, jestem zachwycony! Muszę sobie sprawić takie portki! – oznajmił po skończonym pokazie.

– Dasz mi adres, to ci wyślę. – opowiedziała całkiem poważnie Katarzyna.

Nie wytrzymałam i zaczęłam wyć ze śmiechu.

– A tobie co? – spytała.

– Nie nic… Alko zeszło i głodna jestem. Zjadłabym jajecznicę albo jakiegoś czadowego omleta. Albo tatar…

– O to, to! – wtórował mi Zalew.

– To ja idę do wegan i widzimy się później. – odparła Kaśka.

Usadowiliśmy się w ogródku Wschodniej i czekaliśmy na kelnera.

– Pamiętasz, jak wczoraj wróciłaś do domu? – Daniel spytał konspiracyjnym szeptem.

– Nie… – pokręciłam głową – A ty?

– Pamiętam, że cię odwiozłem na Twardą. I to by było na tyle…

– Mam nadzieję, że nic wczoraj nie przeskrobaliśmy…

– A nawet jeśli, to i tak nie pamiętamy, więc się nie liczy.

– Tego się trzymajmy. Co zjesz?

– Jakieś jajka na kaca…

– Pamela… – Daniel zniżył głos, spojrzał mi głęboko w oczy i położył dłoń na mojej dłoni – Ale tak przy ludziach?

– Idź ty! – trzepnęłam go w rękę – Nie lubię cię!

– Dobrze. Nigdy więcej szczeniackich odzywek. Przepraszam. – wyszeptał, całując moją dłoń.

Przewróciłam oczami. Jego bezpośredniość momentami mnie zawstydzała. Ale on cały niemiłosiernie mnie nęcił i kręcił. Przez jego niegrzeczny komentarz zaczęłam myśleć o seksie. Tak, mogłabym teraz uklęknąć i zrobić mu loda. Mogłabym, jeśli kręcilibyśmy mój kolejny film. On tego nie wiedział, nie mógł tego wiedzieć, że ja na ekranie i ja w prawdziwym życiu to dwie zupełnie różne dziewczyny…

Zjedliśmy obiad dyskutując o jodze, wczorajszej walce i o tym, że Daniel robi lepszy tatar. Straciliśmy poczucie czasu. Kaśka zawisła przez drewnianą barierkę na wysokości naszego stolika i spytała głośno:

– Mięsożercy moi? Jaki jest plan na tak pięknie rozpoczęty sobotni poranek?

– Płacimy i już do ciebie biegniemy. – stwierdziłam.

– Pomyślmy… Ja i dwie cudne panie… – oznajmił Daniel, obejmując nas obie – Proponuję zaopatrzyć się w napoje mniej lub bardziej wyskokowe i popatrzeć na Warszawę z góry.

Po 20 minutach nie do końca legalnie podbijaliśmy taras na dachu jednego z popularniejszych praskich studiów jogi. Zdecydowanie Zalew był mistrzem wynajdywania genialnych dachowych miejscówek.

– Ależ tu pięknie… – stwierdziłam, wpatrując się w skąpaną w słońcu panoramę centrum.

– A mnie jednak wkurza, że Stephane nie przyjechał… Tak się nie robi ukochanej dziewczynie!

– Zawsze możemy polatać po odległych planetach. Stephane jest tylko kometą w tym układzie…

– Masz?

– Zawsze.

Zalew wyjął skręty i najaraliśmy się koncertowo, leżąc na wielobarwnej, nagrzanej słońcem posadzce. Kaśka odpaliła ulubioną playlistę, Daniel co rusz coś podśpiewywał, a ona sama wiła się, jak szalona. Tak to jest kiedy joginka odkrywa w sobie egzotyczną tancerkę. Jej ulubiony numer przelał szalę pląsającego szaleństwa.

– Baby bend over, baby bend over! Let your body do the yoga! – śpiewała, wyginając się na wszelkie możliwe strony, aż w końcu wstała i wyciągnęła mnie tańczyć.

Daniel patrzył na nas urzeczony. Miała kondycję ta moja wariatka, ja o takiej tylko mogłam pomarzyć. Zmachałam się straszliwie i korzystając z nieuwagi Kachny, wróciłam do Zalewa.

– Pić! – jęknęłam i wysupłałam z jego dłoni butelkę waniliowej coli.

Między nami znów zrobiło się gęsto. Jeszcze bardziej niż wczoraj. Katarzyna spojrzała na nas badawczo, wycelowała w nas palcem i oznajmiła:

– Wy!

– My? – spytaliśmy unisono.

– Wy. – pokiwała głową.

Spojrzeliśmy na siebie z Danielem i wybuchliśmy śmiechem. Kaśka zniknęła z telefonem, a my obserwowaliśmy niebo.

– Twoje piegi są jak gwiazdy. – wyszeptał Daniel, przesuwając palcem po moim dekolcie – A pieprzyki układają się w gwiazdozbiory. Cassiopea…

– Ty lepiej spójrz na posadzkę! Ona się cieszy! – odparłam rozbawiona i podniosłam się do siadu.

Sześciokątna posadzka nagle zaczęła falować. Podniosła się i otoczyła szczelnie stojącego przede mną Daniela, zamykając go w figurze przestrzennej przypominającej wirujące plastry miodu. Roześmiałam się. Spojrzałam badawczo na niego, jak wyciąga do mnie ręce, jak zaprasza mnie do środka.

Mogłabym cię kochać… – usłyszałam swój głos w głowie, po czym przeniknęłam przez konstrukcję obracającej się wokół własnej osi figury i przywarłam do Daniela. Spojrzeliśmy w górę. Gwiazdy spadały z nieba niczym srebrne konfetti, oprószając śnieżnym kruszcem nasz szklany sufit. Czułam, jak bije jego serce. Moje biło w tym samym miejscu. Staliśmy się jednoczesnym pulsowaniem. Dudniło mi w uszach i przestałam widzieć. Dotyk Zalewa elektryzował moją skórę i czułam, jak zbiera z niej rozszczepiające się atomy mnie, które posłusznie lgnęły do niego. Zaczęliśmy się całować. Jego usta smakowały leszczynowym miodem. Najlepszym miodem jaki kiedykolwiek jadłam, przywiezionym mi przez mamę z Grecji.

– Pamela?

I nagle wróciłam do rzeczywistości. Daniel pochylony nad moją twarzą upewniał się, żebym nie odlatywała za daleko.

– Ale miałam fazę… Co w tym było? – wyszeptałam zdziwiona, Daniel uśmiechnął się niewinnie – Jak się nazywa ta figura geometryczna? – spytałam, wskazując na posadzkę.

– Dwudziestościan ścięty… Ale, żeby złączyć te 20 sześciokątów foremnych potrzebujesz jeszcze 12 pięciokątów.

– Skąd to wiesz? – spojrzałam na niego zaskoczona. Zaimponował mi, co najmniej, jakby wymienił wszystkich tegorocznych laureatów Nagrody Nobla.

– Piłka nożna.

– No tak…

Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę i znów robiło się gęsto.

– Pamela… – zaczął Daniel i w tym samym momencie usłyszeliśmy skrzypnięcie drzwi i głos Kaśki.

– Stephane!

– Przepraszam Kasieńka…

Spojrzałam znacząco na Daniela, a potem na nich. Nasi pokłóceni kochankowie, byli już gotowi się godzić na naszych oczach. Trzeba im było oddać przestrzeń. Pomógł mi wstać i ulotniliśmy się po angielsku.

– Taksówka? – spytał.

– Potrzebuję spaceru, żeby wytrzeźwieć.

– Odprowadzę cię.

– Do centrum?

– Gdzie będziesz chciała. Choć właściwie to powinienem cię zanieść. – oznajmił i chciał mnie wziąć na ręce.

– Nie, to są bardzo dobre buty na spacer! – zaprotestowałam – Gorzej, gdybym miała te z wczoraj.

– Wtedy bym cię zaniósł…

Dziś obydwoje mieliśmy potrzebę milczeć. Nie trajkotać do czwartej nad ranem o wszystkim, tak jak wczoraj. Dobrze mi się z nim rozmawiało i równie dobrze mi się z nim milczało. Bycie przy nim było niewymuszone, naturalne. Po godzinie spaceru dotarliśmy na miejsce.

– To tu. – oznajmiłam.

– Wiem… Do zobaczenia w przelocie zatem. – powiedział i przytulił mnie mocno.

Przez chwilę zapragnęłam, by mnie pocałował, tak jak w mojej wizji. Słodko i namiętnie. Prędko jednak zrzuciłam z siebie tę myśl, bo ten pocałunek najpewniej skończyłby się w moim łóżku. A na to jeszcze chyba nie byłam gotowa. Czasy, kiedy poznawałam swojego filmowego partnera dopiero na planie skończyły się już bardzo dawno temu i jakaś część mnie żywo zastanawiała się, czy może nie chciałabym się otworzyć na seks z dopiero co poznanym mężczyzną w prawdziwym życiu? Prywatnie potrzebowałam więzi emocjonalnej, żeby iść do łóżka. Nazwijcie to paradoksem, ale tak było. Co się działo na planie, pozostawało na planie i nie próbowałam tego w realnym życiu.

Głęboko zamyślona zawiesiłam się w jego ramionach.

– To jest moment, w którym mówisz mi dobranoc i wchodzisz na górę. – podpowiedział, delikatnie uwalniając się z naszego uścisku.

– Tak, przepraszam. Dobranoc Daniel.

– Dobranoc Pamela.

Nachylił się, by pocałować moją dłoń i poczekał aż zniknęłam w holu prowadzącym do wind.

We wtorek na jogę dotarłam wcześniej. Całe, puste studio dla mnie. To lubiłam. Rozłożyłam matę i usiadłam w pozycji ostrygi, by porozciągać plecy i biodra. Odpłynęłam w myślach. A moje myśli uparcie dotyczyły Daniela. Spodobał mi się już w piątek. Bardzo. Bardzo, bardzo. Byłam ciekawa, czy go dziś tu zobaczę.

– Pama? – nagle usłyszałam nad sobą przyjemny baryton.

Uwielbiałam jego głos, z powodzeniem mógłby być aktorem dubbingowym i czytać dzieciom do snu bajki.

– Cześć Daniel.

– Nie rozplątuj się. – mruknął i uklęknął, by mnie pocałować.

Rozłożył matę, usiadł w lotosie i bacznie mnie obserwował. Wyszłam z ostrygi, by zrobić skłon w szpagacie.

– Nie rób tak, bo mam grzeszne myśli. – jęknął.

– Masz ochotę zrobić szpagat?

– Dokładnie to.

– Co tu się dzieje? – spytała Kaśka, wchodząc do sali – Coś jest na rzeczy, jak na was patrzę… Dziś ćwiczymy w parach, więc możecie ćwiczyć razem.

Kaśka zdecydowanie miała rację. Coś było na rzeczy. Dyskretnie zerkałam na Daniela. Był przystojny. Smukły. Drobny, ale ja też nie należałam do największych. Zupełnie inny od moich partnerów filmowych i facetów. Taki brunet na jednego gryza. Kogucik. Przenikliwie inteligentny i niepokorny. Zapach jego ciała nęcił mnie i uspakajał. Jego bliskość elektryzowała moją skórę. Nie mogłam udawać, że to się nie dzieje. Plus widziałam to w jego oczach, to mi się nie wydawało. To tam było.

– I wyciszamy głowę. – dobiegł mnie łagodny głos Kaśki – Uspakajamy myśli.

Leżałam na macie, a moje galopady myślowe ani nie były ciche, ani uspokojone.

W mojej głowie wyszliśmy już z jogi i Daniel zadał mi pytanie, czy pójdziemy coś zjeść. Więc poszliśmy. Potem oznajmił, że mnie odwiezie do domu. I mnie odwiózł. Nie chciałam się z nim jeszcze rozstawać, więc zaproponowałam, by wszedł na górę, czegoś się napić. Więc piliśmy, a powietrze między nami gęstniało. Czułam, jak pot płynie mi po plecach. „Jestem mokra, muszę iść pod prysznic” – rzuciłam. „To chodźmy” – odpowiedział. Dokładnie to, co chciałam od niego usłyszeć. Ściągnął ze mnie top i legginsy i zaniósł mnie do łazienki, całując mnie przy tym szaleńczo. Po chwili wylądowaliśmy razem pod strumieniami ciepłej wody, kochając się namiętnie. Przyciskał mnie mocno do ściany, szepcząc, że chciał to zrobić, odkąd zobaczył, jak rozciągam się w szczeniaku, a potem wyginam plecy w psie z głową do góry. Grzmocił mnie przy tym niemiłosiernie. W fantazji zalewały mnie fale rozkoszy. Westchnęłam głośno. Daniel…

Poczułam, jak coś delikatnie mizia mnie po wnętrzu dłoni. Otworzyłam oczy i odwróciłam głowę. To uśmiechnięty i zrelaksowany Zalew, skończył już medytować i przywracał mnie do świadomości. Powoli przekręciłam się na lewy bok i w przyjemnym półmroku patrzyłam w jego orzechowe oczy. Nadal muskał palcami moją skórę.

– Pójdziemy coś zjeść? – spytał szeptem.

Kiwnęłam głową.

– Dzięki Kasia, dawno się tak dobrze nie czułem.

– Zapraszam w piątek.

– W piątek walczę, ale będę za tydzień.

Podświadomie czułam, że ta joga jest tylko pretekstem, by mógł mnie zobaczyć. Po kolacji znów odprowadził mnie do domu.

– Wejdziesz? – spytałam, starając się, by mój głos brzmiał niezobowiązująco.

– Bardzo bym chciał, ale nie mogę. Rano mam trening i fizjoterapeutę. A jeśli wejdę, to nie będę dziś spał. I obiją mi mordę na treningu i będę mało reprezentacyjny i uszkodzony na walkę.

Uśmiechnęłam się.

– Ok.

– Widzimy się w piątek?

– Nie przegapię twojej walki.

Przez następne dwa dni nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Zakopałam się w łóżku i pożerając popcorn i zapijając go gorącą czekoladą, obejrzałam wszystkie zaległe komedie romantyczne. W piątek odliczałam godziny do wieczora i raz po raz przeglądając szafę, zastanawiałam się nad kreacją na wieczór. Ultrawysokie szpilki, ołówkowa spódnica i seksowna, jedwabna bluzka. Powinnam iść na sportowo albo w czerniach, ale dziś mnie wzięło na romantyczne beże i karmele. Przejrzałam się w lustrze. Będę równa z Danielem w tych obcasach. Zawsze lubiłam potwornie wysokich, wielkich facetów, a przy nim zupełnie mi to nie przeszkadzało, że nie sięgam mu do ramienia i nie muszę zadzierać głowy, kiedy rozmawiamy. Zresztą przy moim metr pięćdziesiąt sześć i tak był ode mnie wyższy.

Denerwowałam się. Gdy widziałam go po raz pierwszy w klatce, zupełnie miałam wyjebane. A dziś martwiłam się, by nie dostał łomotu i chciałam by wygrał. Wszedł na ring i rozejrzał się po hali, znalazł mnie i uśmiechnął się szeroko. Ścisnęłam mój krzyżyk w dłoniach i złożyłam je jak do modlitwy, podpierając na nich brodę. Cała spięta i na szpilkach. Szalałam, kiedy sprzedawał przeciwnikowi ciosy i gwizdałam, gdy był blisko położenia go na łopatki. Aż w końcu rywal nie podniósł się po ostatnim ciosie i w hali rozległ się grzmiący głos arbitra:

– And the winner is: Daniel Zalew Zalewski!

Podniósł ręce w geście triumfu. Zszedł z ringu i powoli przedzierał się przez rzesze gratulujących mu fanów, po dłuższej chwili przebił się do mnie.

– Jesteś. – wyszeptał, gładząc mnie po policzku.

– Jestem. – odpowiedziałam, kładąc dłoń na jego dłoni.

– Ślicznie wyglądasz.

– Dziękuję.

– Jesteś moim talizmanem. Mogę cię schować do kieszeni?

– Chyba ci się nie zmieszczę…

– Najgorzej…

– Ale możesz świętować ze mną, jeśli dziś świętujesz…

Posmutniał, ujął moją dłoń w swoją i przycisnął do ust.

– Dziś nie dam rady… Jutro od rana mam treningi… Ale następnym razem…

– To następnym razem.

Mijały tygodnie i my mijaliśmy się cyklicznie w Warszawie. Nie bardzo rozumiałam, o co chodzi… To, że się sobie podobamy było od początku jasne jak słońce. To, że nas do siebie ciągnie, widzieli doskonale nasi najbliżsi znajomi, ale on ciągle nie zapraszał mnie na randkę. Socjalizowana na grzeczną dziewczynkę, nie dopytywałam o powody. Nazwijcie mnie staroświecką, ale sama nigdy nie umawiałam się pierwsza z mężczyzną i to nie był moment, w którym zamierzałam to zmienić. To po męskiej stronie musiała leżeć inicjatywa. Więc czekałam cierpliwie na inicjatywę Zalewa coraz to bardziej przekonana, że jednak nic z tego nie będzie, bo Daniel uparcie nie chciał podnieść tej rękawicy. Kiedy spotykaliśmy się przypadkiem na jodze, na walkach lub na celebryckich eventach, spędzaliśmy ze sobą tak dużo czasu, jak tylko było to możliwe. A poza tymi spotkaniami nie działo się nic. Zero. Null. Żadnego fejsbuka, żadnych wiadomości, żadnych telefonów. Cisza. Aż nadszedł moment, kiedy przestaliśmy wpadać na siebie w przelotach. Pomyślałam, że to już koniec. Preteksty się wyczerpały. Gdzieś pod skórą było mi przykro, bo przyzwyczaiłam się do tej niesłabnącej atencji, czekoladowego barytonu i orzechowych oczu. I miałam nadzieję na więcej poza naszymi „przypadkami”.

Żeby o nim nie myśleć, zajęłam się pracą. Kolejny scenariusz i poszukiwania sponsorów wypełniały od rana do nocy moje dni. Ułatwiało mi to funkcjonowanie i pozwalało zapomnieć o Danielu. I to zapominanie szło mi całkiem nieźle aż do pewnego piątku. Akurat podniosłam telefon, żeby zadzwonić do reżysera i zobaczyłam, że mam nową wiadomość.

Balladyno, chodź na kawę. DZ. – przeczytałam.

Zaskoczona, oparłam się o kuchenną szafkę. Napisał… Napisał! Wpatrywałam się w te słowa przez dobrą chwilę, zanim stwierdziłam, że powinnam mu odpisać. Z rosnącym uśmiechem na ustach wystukałam na klawiaturze:

Skąd masz mój numer Zalewski stalkerze? PS Naprawdę chcesz mnie zabrać na „kawę”? 😛

Nigdy nie mówiłam, że gdy już mężczyzna podejmuje inicjatywę, ja rzeczoną grzeczną dziewczynką pozostaję.

Celebracja robi swoje 😉 Jestem po Ciebie o 19. PS Oczywiście, że chcę Cię zabrać na randkę! Kawą badałem tylko teren 😛

Odłożyłam telefon i zaczęłam piszczeć. Umówił się ze mną! W końcu! Po tych niezliczonych tygodniach „przypadkowego” wpadania na siebie, w końcu, się ze mną umówił!

cdn…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *