Głupia koza

 

 

– Czuję, jakby coś rozrywało mnie od środka. Kurwa, cierpię. Ja! Wyobrażasz to sobie? Widzę go, źle. Nie widzę, źle. Tak mnie wzięło, że mnie to spala.

– Jak możesz sobie z tym poradzić?

– Nie wiem, wyrwać serce? Wypalić oczy?

– Mało spektakularne.

– A co mam, kurwa, jeszcze do tego kankana zatańczyć?

– Tak! To już by było coś!

– Pierdol się! Ja tu cierpię z miłości, a ty sobie jaja ze mnie robisz – mimo wszystko się uśmiechnęła.

– Do usług. Zawsze możesz na mnie polegać. – zachichotała.

Rozmowa z przyjaciółką, chociażby przez telefon, zawsze poprawiała jej humor. Nawet gdy znajdowała się na samym dnie. Baśka i litr pistacjowych lodów, które po skończonej rozmowie wyjęła z zamrażarki- remedium na całe zło. Do tego włączyła maraton kabaretowy, który pozwolił jej na chwilę oczyścić umysł z myśli o spotkaniach z  „nim”. Facetem, który wstrząsnął jej światem i rozbił na kawałeczki mur, którym się otoczyła.

Przez kilka ostatnich lat zobojętniała. Nie całkowicie, bo spotykała się z różnymi mężczyznami, ale nic do nich nie czuła. Zwykłe oderwanie od rzeczywistości, wypełnianie pustki i samotności. Nie miała z tym problemu. Dbała o fizyczną stronę życia: ćwiczyła i się pieprzyła. Zawsze uważała, że od tego zależy jej dobra kondycja i równowaga.

Benny’ego znała od dawna i choć nigdy przez te wszystkie lata nie myślała o nim jak o kandydacie na męża, to jedno przypadkowe spotkanie, długie rozmowy i hamulce, które puściły jakiś rok temu po zbyt dużej ilości alkoholu, sprawiły, że wbrew sobie zaczęła przywiązywać się do jego osoby. Broniła się. Wybrała samotność  i wierzyła, że może iść tak przez życie. Niezależna. Bez tego całego wariowania z powodu uczucia do faceta. Zbyt wiele razy ucierpiało jej serce, duma i psychika, by z radosnym  „hurra” rzucać się w wir miłości. Wolała wracać na noc do własnego łóżka i mieć w łazience jedynie swoją szczoteczkę, zamiast sterty brudnych męskich koszul i gaci do prania.

Dużo rozmawiali, czasem się spotykali, uprawiali seks. Bez zobowiązań, bez romantycznych uniesień. Raczej rżnęli się niż kochali. Zaspokajali potrzeby i fantazje. Któregoś dnia się nie odezwał, mimo że obiecał. Potem znów zapomniał zadzwonić, aż w końcu umilkł. Poczuła, po raz pierwszy od lat, tę cholerną, rozdzierającą tęsknotę. Zupełnie zapomniała, że takie uczucia istnieją. Myślała, że jej przejdzie. Że to tylko zauroczenie, magia chwil, które spędzili razem. Ale czas mijał, a ona nie mogła zapomnieć.

Przez ostatnie miesiące kontaktowali się sporadycznie. Niezobowiązujący mail, SMS ze zdjęciem miejsca, w którym akurat się znalazł. Mały znak  „pamiętam o tobie” w połączeniu z brakiem spotkań i normalnych rozmów sprawiały, że rozpadała się na kawałki. Nie było go przy niej, na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie rozdrapywał rany gdy przypominał o sobie. A jej nie przechodziło. Wciąż o nim myślała. Jak jakaś naiwna, zadurzona nastolatka. Była zła na siebie, na niego, na całą sytuację.

– Baśka, ja chcę, żeby mi przeszło. Kurwa no, ja nie mogę normalnie myśleć! Ty wiesz, że on się jakimś jebanym sposobem wyrył w mojej głowie? – Lody topiły się w pudełku, gdy po raz kolejny zaczynała marudzić przyjaciółce przez telefon.

– Jebanym. Dosłownie. Pieprzyłaś się z nim, to się wjebał na kwadrat i zadomowił.
– To nie to. Z niejednym przecież szłam do łóżka i nie wariowałam z tęsknoty. Tym razem jest inaczej. Ten debil mnie podnieca. Nie tak jak poprzedni faceci. To nie włożenie ręki w majtki, a pieprzony mózg, który bym mu wyruchała, gdybym mogła. Czuję się jak uczennica zabujana w inteligentnym nauczycielu, który nie tylko uczy podstawowej wiedzy, ale pokazuje, jakie JA mam możliwości, mobilizuje do działania. Rozpędza i patrzy, jak osiągam sukces. – Położyła się na kanapie i patrzyła w sufit,  analizowała sytuację. – Słuchaj, a jak bym się z nim spotkała? Zobaczyła go, wywaliła wszystko, co mi na wątrobie leży. I nie dała mu się znów dmuchnąć. Może by mi ulżyło? Gdyby wiedział, że chociaż nie jest materiałem na męża, to jest jak powietrze, bez którego ni chu chu nie da się żyć normalnie…

– Że co proszę? Binia, czy ty się zastanowiłaś, co ci to da? Dziewczyno, jak ostatnie miesiące pokazują, on ma cię w dupie. Przecież wiesz, że lata sobie z kwiatka na kwiatek jak jakaś pszczółka zapylarka i ponoć gdzieś tam coś z tego bzykania wyszło. A ty dalej masz klapki na oczach. I to, że mu powiesz  „sorry, nie chciałam, ale, ups, zakochałam się w tobie” chuja zmieni. Otrzeźwiej, ja cię proszę. Bo serio zaczynam się martwić o twoje zdrowie psychiczne i jeszcze chwila, a zacznę załatwiać ci turnus w Tworkach.
– Za późno.

– Co?

– No za późno. Już mu napisałam, że będę na zjeździe absolwentów.
– Głupia koza!

Przyjaciółka rzuciła słuchawką i Binia poczuła, że jest zupełnie sama. Chociaż SMS:  „Musiałam, bo bym Cię zagryzła. Ale dalej Cię kocham i wspieram”, który otrzymała chwilę potem, sprawił, że jej przeszło.

 

 

„Nie prześpię się z nim. Powiem mu, co czuję i się nie prześpię” – powtarzała w głowie jak mantrę, jednocześnie rozważała, czy powinna po drodze na zjazd wstąpić do apteki po gumki. Przezorny zawsze zabezpieczony.

Przez cały wieczór zamienili kilka nic nie znaczących słów.  „Co u ciebie?”,  „w porządku”,  „fajnie, że jesteś”. Niewiele, gdy wziąć  pod uwagę, jak rozmawiało im się kiedyś. Ale samo przebywanie z Bennym w jednym pomieszczeniu sprawiało, że się uśmiechała. Jak kiedyś napisał Jonathan Carroll  „czasem na swojej drodze spotykamy kogoś, kto tak zawładnie naszym światem, że samo przebywanie w oparach z jego silnika sprawia nam przyjemność”. Czy jakoś tak. Binia właśnie tak się czuła. Znajdował się obok i tylko to się liczyło.

Nie zaczęła rozmowy, mimo że łapała się na tym, że czasem tęsknie spogląda na jego szorstką brodę, która tak przyjemnie drapała kiedyś jej skórę czy też na pośladki, na których trzymała dłonie, gdy kładł ją pod sobą i zapamiętale pieprzył, tak jakby jutro nie istniało. Cała odwaga, by powiedzieć mu, jak się czuje, uleciała w momencie, gdy zobaczyła jego uśmiech i wyczuła dystans. A po kilku godzinach imprezy ze znajomymi z liceum czuła się  zbyt pijana, by mu wyznać cokolwiek. Zawsze po alkoholu łapała blokadę i zamykała się w sobie, bo bała się, że wyjdzie na niepoważną idiotkę.

Mimo wszystko bawiła się dobrze. Dużo tańczyła z kolegami z klasy i z mężami koleżanek.

Spotkała Benny’ego dopiero rano na śniadaniu w restauracji, gdy wszyscy znajomi jeszcze ukrywali się w pokojach hotelowych, gdzie walczyli z pierwszymi objawami kaca. Prócz niego było jeszcze kilka nieznanych jej osób, które w ciszy jadły i piły.

– Jak spałaś? – zapytał, gdy przysiadła się do jego stolika. Nalał jej świeżo parzonej kawy.

– Znośnie. Parszywy hotel z beznadziejnymi łóżkami, na których porządnie to można tylko… – urwała w połowie zdania. Dziwnie się czuła, gdy widziała jego dystans.

– No, niestety. Miejsce parszywe. Dobrze, że klimat lepszy. Chociaż wiele osób stąd mnie drażni. W sumie gdyby nie Tomek, który to wszystko załatwił, pewnie bym tu nie przyjechał. Tylko ze względu na niego jestem. Nie chciałem mu robić przykrości. Ale dobrze się bawiłem.

Binia się skrzywiła. Zabolało. Oj, trafił w czuły punkt. Przez chwilę, może zbyt długą, myślała, czy powinna coś powiedzieć, zasygnalizować, że poczuła się tak kurewsko mało ważna. Inaczej niż kiedyś.

– Całej reszcie byłoby przykro, gdyby to usłyszeli – starała się mówić spokojnie, z wymuszonym luzem.

– A ty jak zwykle się czepiasz. – Uśmiechnął się rozbawiony. – Słowo daję, jak tak łapiesz za słowa, to robi się z ciebie  dwustu procentowa kobieta.

– No i teraz nie wiem czy powinnam się cieszyć, czy dać ci w zęby.

– To akurat komplement. Co cię ugryzło? – Wyglądał na zaniepokojonego, bo nie zachowywała się jak zawsze. Zniknął ten jej naturalny luz, a ona sama spoważniała, przygasła.

– Benny, jak będziesz pytał o takie rzeczy, to zacznę wątpić w twoją inteligencję. O bogowie, co za facet – westchnęła i bez zastanowienia zaczęła mówić – A co miało mnie ugryźć? Masz mnie w dupie i to wszystko. Bawiliśmy się fajnie, a potem sayonara i spieprzaj mała. Chociaż nawet tego nie usłyszałam. Tylko żeś zniknął z mojego pojebanego życia tak, jak się pojawiłeś. Niespodziewanie, do tego  zrobiłeś w moim głupim sercu burdel, z którym nie mogę sobie poradzić.

– Binia… – Uniósł dłoń.

– Cicho, teraz ja mówię, póki mam odwagę wywalić z siebie to wszystko.

– Chciałem tylko powiedzieć, że ludzie na nas patrzą…

Rozejrzała się. Kilka osób w ciszy, z uniesionymi do otwartych ust widelcami, obserwowało ich stolik. Choć niektórzy speszeni spuścili wzrok, gdy o nich powiedział. Widać mówiła na tyle głośno, by zaciekawić obecnych na śniadaniu gości hotelowych.

– Idziemy. – Wstała i prawie przewróciła krzesło.

Benny podniósł się posłusznie i poszedł za nią. Hotelowy korytarz ciągnął się w nieskończoność, a ona pędziła nim tak, jakby bała się, że zabraknie jej odwagi na szczerość. Nie mogła dłużej zwlekać z wyznaniem mu prawdy. Inaczej skończyłoby się na tym, że zamilknie, ucieknie i będzie w domu lizać rany. Niemalże wybiegła z budynku i skierowała się w stronę parku. Zatrzymała się na samym końcu, w cieniu drzew. Odwróciła się w stronę mężczyzny, odetchnęła głęboko i zacisnęła dłonie w pięści, boleśnie wbijając paznokcie w skórę.

– Ok, tylko z łaski swojej mi nie przerywaj, bo albo mnie odwaga opuści, albo ci przypierdolę. Ok? – Pokiwał głową. – Benny, rozjebałeś mi system. Serio. Pojawiłeś się i nabałaganiłeś w uporządkowanym życiu. Wpieprzyłeś się z buciorami, choć chyba trochę sama się o to prosiłam. I, nieświadomie albo świadomie, dałeś mi się poczuć tak zajebiście, jak myślałam, że nigdy się nie będę czuła. Nie chciałam tego. Myślałam, że nic takiego się nie wydarzy, ale nie mogę się ciebie pozbyć. Myślę, fantazjuję, w snach aż wióry lecą. To nie jest dla mnie sama chemia, tę poznałam dobrze przez ostatnie lata, gdy spotykałam różnych facetów. Tym razem to coś innego.

Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale uniosła dłoń i pokręciła głową, dając mu znać, że ma się zamknąć.

– Cicho. To, co sobie uświadomiłam kilka miesięcy temu, mnie powaliło. Dusi mnie to. Właśnie dlatego, że tak zniknąłeś. Zupełnie jak gdybym nic nie znaczyła, była tylko chwilą, przystankiem. Laską do przedymania. I tak zapewne mnie postrzegałeś. Ale, do jasnej cholery, okazało się i zaskoczyło mnie to, że nie jestem z kamienia… – Głośno wypuściła powietrze. – I nawet nie chce mi przejść przez gardło to, co chcę powiedzieć. Więc po prostu powiedz, że jestem dla ciebie nikim, mam zniknąć, zapomnieć. To mniej będzie bolało niż gdybyś tak zwyczajnie się odciął i traktował mnie tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Jak ostatnio. Jak wczoraj.

– Binia, wiesz, że jestem popieprzony – zaczął nieporadnie. Wyglądał tak, jakby go uderzyła. – Wiesz, że od kilku lat jestem sam, mimo że przez moje życie przewija się dużo kobiet. Jesteś świetna, ale…

– Ale nic nie znaczę – weszła mu w słowo.

– Przestań, to nie tak.

– A kurwa jak? – Chciało jej się płakać. I jednocześnie go pobić, by wyładować złość. Na niego, że jest taki popaprany, na siebie, że jakimś cudem pozwoliła mu przebić się przez mur, którym tak skutecznie się obudowała.

– Ja po prostu nie potrafię. Wiem, zabrzmi jak banał, ale ten cały szajs, który w życiu przeszedłem, częściowo z własnej winy, strzaskał mi psychikę. To, że kocham i jednocześnie nienawidzę jedną kobietę od wielu lat, sprawia, że nie jestem w stanie zbudować relacji z żadną inną. Problem nie tkwi w tobie, ok?

– Masz rację… Banał. – Wzbierała w niej wściekłość. –  „To nie ty, to ja”… Wiesz, ile razy sama używałam tego tekstu, by delikatnie dać znać zabujanemu facetowi, że nie ma na co liczyć? Teraz karma się na mnie mści.

– W innych okolicznościach…

– Tak, w innych okolicznościach, w innym życiu, gdy oboje będziemy kotami. Jasne. Wiesz, co ci powiem? Jebać okoliczności! – niemalże krzyknęła. – Cholera jasna, wiesz, jak się czuję? Jak uczennica, która zapierdalała na dobre stopnie, żebyś tylko ją dostrzegł, bo z każdą pochwałą serce rosło, jak i poczucie, że jest ważna. A z końcem roku uświadomiła sobie, że pan profesor jest nieczułym chujem, który, gdy zauważył, że zaczyna się robić z jej strony zbyt poważnie, podkulił ogon i zniknął jebać studentki na wakacjach, myśląc, że tak będzie lepiej niż wyjebać prosto z mostu, jak się sprawy mają.

W przypływie emocji i bezsilności, nie wiedząc, co jeszcze może powiedzieć, zamachnęła się, by uderzyć go w twarz. Złapał ją za rękę.

– Binia, proszę. – Próbowała się wyrwać, ale mocno trzymał.

– Pierdol się. – Zacisnęła zęby i oczy, starając się odegnać wspomnienia i napływające łzy. – Mogłeś coś powiedzieć, uciąć to, a nie czekałam jak jakaś idiotka aż sobie o mnie przypomnisz. To pokazuje, jak kurewsko mało ważna byłam.

– Jesteś ważna. Ale nie tak, jak byś ty tego chciała – powiedział cicho. Westchnął. – Widziałem, że nie jestem ci obojętny. Ale nie mogłem, nie umiem, rozumiesz? Nie wiedziałem, jak to powiedzieć. Przepraszam. Stchórzyłem. Myślałem, że tak mniej cię zranię. Że zapomnisz.

– Jesteś pojebany. I chciałabym cię nienawidzić

– Tak byłoby ci łatwiej – brzmiał szczerze.

– Ale nie umiem. – Spojrzała na niego zaszklonymi od wzbierających łez oczami – A najgorsze jest to, że w tej całej złości, jaką czuję, przebija się i dominuje chęć przytulenia się do ciebie. I to mnie też wkurwia. Bo mimo że wiem, że byłam tylko dziewczyną do przedymania, wciąż myślę o tym, jak bardzo chcę znów poczuć twój dotyk. We własnych oczach jestem żałosną wariatką z tym, jak wciąż cię chcę.

Gdy to mówiła, odwróciła głowę, by nie patrzeć na niego. I żeby on nie widział, ile kosztuje ją to wyznanie.

– Chodź, żałosna wariatko – powiedział z ledwo zauważalnym uśmiechem. Wciąż trzymał ją za rękę, którą wcześniej próbowała wymierzyć mu policzek. Lekko pociągnął, tak że wpadła w jego ramiona. Zamknął ją w mocnym uścisku, mimo że przez chwilę próbowała go odepchnąć.

Zamknęła oczy, i oparła się policzkiem o jego tors.

„Jeśli mam ostatnią szansę, by czuć jego ciepło, pies trącał dumę” – pomyślała.

Przytulił ją mocno, brodę oparł na jej głowie.

– Jesteś wspaniałą dziewczyną. Ale ja mam za duży bagaż na plecach.

– Benny… – Uniosła głowę i popatrzyła mu w oczy

– Mmm?

– Zamknij się z łaski swojej i weź mnie zerżnij. – Uśmiechnęła się przez łzy, a jej oczy, jak kiedyś, zalśniły zalotnym blaskiem.

– Uważasz, że to dobry pomysł?

– Chujowy. Ale i tak najlepszy, jaki w tej chwili przyszedł mi do głowy. Tak, by zatrzeć to zjebane, nieprzyjemne uczucie złości na ciebie i siebie.

Czułym ruchem odgarnął niesforny kosmyk włosów z jej twarzy i zaczepił jej za ucho. Nachylił się i delikatnie pocałował pełne, kształtne wargi. W odpowiedzi mocniej  do niego przylgnęła. Usta, jak zawsze, miał ciepłe i miękkie, a język, który wsunął między wargi Bini, głodny.

Całował ją namiętnie, jakby chciał złość ten sposób przeprosić ją za każdy telefon, którego nie wykonał, za to, że ją zranił. Ruszył wolnym krokiem, parł na nią i całym swoim ciałem popychał przed sobą, aż zeszli ze ścieżki na trawnik.

 

Puścił jej rękę, chwycił za pośladki i mocno przyciągnął. Zatrzymali się dopiero, gdy oparła się plecami o drzewo. Naparł na nią i przycisnął twardego już członka do jej łona. Ustami powędrował do ucha, przesunął po nim wargami, chwycił zębami i zamruczał. Czuła na policzku jego krótko przystrzyżoną bródkę, która drapała jej skórę tak, jak kilka miesięcy temu. Zamknęła oczy i odchyliła głowę. Mężczyzna, muskał wargami jej szyję, centymetr po centymetrze, i schodził niżej. Leniwym ruchem języka obrysował kształt obojczyka. Dłońmi chwycił i uniósł jej piersi. Nachylił się do nich, mocno  złączył je razem. Zaczął pieścić językiem dolinę, która między nimi powstała. Lizał je, wciskał się pomiędzy nie pocałunkami, przygryzał alabastrową skórę.

Binia czuła, jak jej ciało reaguje, jak drży w oczekiwaniu. Tęskniła za jego dotykiem, pieszczotami i za fiutem, którym zawsze wbijał się głęboko i gwałtownie w jej wnętrze, gdy szukał zaspokojenia. Odsunął się na chwilę. Wpatrywała się w niego głodnym wzrokiem, gdy z uśmiechem rozpinał materiałowy pasek, a potem wyciągał go ze szlufek.

– Stój tutaj – rzucił. Binia skinęła głową. Spojrzał na drzewo. Z lekkim uśmiechem chwycił dłonie dziewczyny, pociągając je w swoją stronę, skrępował paskiem, który później zaczepił na gałęzi ponad nią. Było niewygodnie, ale nie przeszkadzało jej to.

– Mam nadzieję, że mnie tu teraz tak nie zostawisz. – Zaśmiała się. – Dziwnie bym się czuła, gdyby ktoś z klasy tak mnie znalazł. I to z twoim paskiem zamiast kajdanek.

W odpowiedzi tylko się uśmiechnął. Podszedł bliżej i podciągnął jej długą spódnicę, zrolował za plecami po czym klęknął. Jak zawsze nie miała na sobie majtek, a jej cipka była wygolona. Podniósł jej nogę i położył sobie na ramieniu. Gdy zobaczył jak w delikatnych promieniach porannego słońca lśniła wilgotna skóra krocza, westchnął. Nawet nie musiał ślinić palców, bo i bez tego trzy wsunął z łatwością w jej wnętrze. Drugą dłoń oparł na wzgórku, palcem wskazującym i kciukiem rozchylił wargi i wyeksponował cały piękny kwiat jej płci. Szybkim pojedynczym ruchem smagnął językiem łechtaczkę. Binia zadrżała i odchyliła głowę, zamknęła oczy. Ustami objął perełkę i zaczął ją ssać i trącać. Jednocześnie opuszkami zaczął masować to miejsce wewnątrz, którego pieszczota niezmiennie sprawiała, że dosłownie mdlała w jego ramionach. Nie tylko wsuwał i wysuwał z niej palce, ale ruszał nimi szybko, stukał i naciskał w jej wnętrzu na punkt G. Wtulał twarz w jej krocze, wargami szukał jej warg, podgryzał je delikatnie i ciągnął zębami.

Lizał jej cipkę, i czuł, jak łechtaczka robi się coraz twardsza, reagując na tę pieszczotę. Wsuwał język w szparkę razem z palcami, spijając przy tym jej soki. Ssał ją wciąż, drażnił szybkimi ruchami, aż cichy jęk wydarł się z jej piersi gdy doszła.

Zabrał dłoń i podstawiając język pod jej szparkę, zamruczał z zadowolenia, zebrał resztkę płynącej słodyczy. Zdjął jej nogę ze swojego ramienia, bez słowa wstał i zaczął całować Binię, rozsmarowując na jej ustach, brodzie i policzkach to, co zmoczyło jego krótką bródkę, gdy ją pieścił.

Dzielił się z nią jej smakiem i przygryzał wargi, rozpiął spodnie i pozwolił im opaść na ziemię. Z kieszonki koszuli wyjął prezerwatywę, rozerwał opakowanie i założył ją nie oderwawszy od Bini wzroku.

Z dłońmi wciąż zaczepionymi na gałęzi, uniosła jedną nogę i oparła ją na biodrze Benny’ego, przyciągnęła go do siebie. Chwycił ją pod uda i uniósł, jakby nic nie ważyła. Przycisnął jej plecy do drzewa po czym opuścił ją na członka. Wsunął się gładko, do samego końca. Gdy poczuł to znajome ciepło i wilgoć, odchylił głowę i westchnął. Rękoma zablokował jej nogi na swoim pasie, trzymał mocno, opierał Binię o chropowatą korę i zaczął się wbijać raz po raz w jej chętną miękką płeć, wolno, ale mocno. Wysuwał się niemal do końca, tak że czuła, jak gruba główka prawie wyskakiwała z jej szparki, a potem nieznośnie wolno wchodziła w nią ponownie. Po niedawnym orgazmie odczuwała wszystko jeszcze mocniej, a jej podrażniona cipka drżała, łaknąc pieszczot i kolejnego wybuchu przyjemności. Twarda kora wbijała się w plecy, ocierała łopatki przy najlżejszym ruchu.

Benny oparł głowę na ramieniu Bini, ustami wtulił się w szyję, całował i przygryzał skórę.

Jego penis wysuwał się i wchodził, uderzał w jej wnętrze, drażnił i zbliżał do kolejnego orgazmu. Spazmy rozkoszy wstrząsnęły jej ciałem. Jęczała cicho, a mięśnie jej szparki zaciskały się miarowo na twardym członku.

Nim ostanie skurcze minęły, postawił ją na ziemi, odwrócił tyłem i znów w nią wszedł. Głośny klaps zabrzmiał niespodziewanie, gdy ręka opadła na mokry od potu pośladek. Ciepło przyjemnie rozlało się po jej ciele.

Rżnął ją coraz szybciej, mocno trzymał za biodra i przyciągał do swojego podbrzusza. Główka fiuta masowała jej cipkę, a szorstkie włosy miło drażniły jej pośladki.

Kolejny klaps znów odbił się echem od drzew.

Binia czuła, jak jej kochanek drży i na przemian przyspiesza i zwalnia, jak zawsze gdy zbliżał się do orgazmu.

Z kolejnym mocnym pchnięciem poczuła, jak zatrzymuje się w niej, wypełnia ją całą. Palce wbił w miękkie pośladki i, zostawiając czerwone pręgi od paznokci na delikatnej skórze, doszedł.

Chwilę tak trwał, gładził jej poznaczoną śladami pupę, po czym wysunął się z niej.

Popatrzył na jej zaczepione na gałęzi ręce, wypięty tyłek i nabrzmiałe wargi widoczne między nogami.

– Taki widok sprawia, że nie mam dość.

– Benny… – szepnęła – Weź mnie odczep, bo zaraz będziesz mnie musiał nieść do hotelu.

Zaśmiał się i zdjął z gałęzi pasek, rozsupłał go, uwolnił jej dłonie.

Wciąż drżała gdy tak stała patrząc na jego zaczerwienione policzki. Opuściła spódnicę i zasłoniła swoją nagość. Czułym gestem pogładził ją po policzku.

– Binia… – zaczął niepewnym głosem.

– Wiem. W innym życiu, jak oboje będziemy kotami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *